czwartek, 19 stycznia 2012

Drugi.


“Hey Lucy, I remember your name.”
Skillet - Lucy


- Mmm. Wspaniale wyglądasz…
- Nadal, sądzę, że to beznadziejny pomysł. – skwitował Andy.
Stał przed czerwonym porsche na alei McKellar Cir i z nieukrywaną namiętnością bawił się kluczykami, nie zważając na otoczenie. Był ubrany w elegancki smoking a blond włosy opadały w nieładzie na oczy. „To dziwne”, pomyślałam, „Nigdy przedtem nie sądziłam, że jest przystojny.”
- Wskakujesz do auta, czy będziemy tak stać jak na wystawie? – ponaglił mnie ze zniecierpliwieniem.
Poszłam za jego przykładem, z nieco rozbawiona miną, patrząc jak mój przyjaciel próbuje drżącymi rękoma zapalić silnik.
- Może ja spróbuje… - zaproponowałam.
- Przestań! Już powiedziałem, coś na ten temat. To głupi pomysł i sam nie wiem czemu to robię…  
- Robisz to dla mnie. Zgodziłeś się. Umów się dotrzymuje! – powiedziałam z irytacją.
Andy nigdy nie potrafił się na mnie długo gniewać, a nawet gdy próbował to i tak mu nie wychodziło. Zawsze gdy miałam głupie pomysły, on próbował mi je wyperswadować. Nieskutecznie. Zazwyczaj dostawałam to czego chciałam.
- Owszem, zgodziłem się, ale zaczynam tego żałować.
Zapalił silnik, po czym ruszył aleją i skręcił w Palos Verder St, kierując się w dobrze znaną mi stronę.
- Skąd masz ten samochód? Kupiłeś? – zapytałam, próbując zmienić temat rozmowy.
- Nie, wypożyczyłem…. Chciałaś wyglądać na rozpieszczoną laleczkę, z milionerem u boku, który jak idiota spełnia wszystkie twoje zachcianki. No to masz. Wszystkiego najlepszego Rebecco. – powiedział z uśmiechem na twarzy, lecz na mnie nie spojrzał.
- Dziękuję. – szepnęłam i znów poczułam się tak jakbym miałam siedemnaście lat, tak jakby się nic nie zmieniło. Znów jechaliśmy w to same miejsce, znów razem, znów na moją prośbę.
Mimo wszystko, wiele się zmieniło. On. Ja. My. Las Vegas.
- Seksownie wyglądasz… - powiedział z nieukrywaną fascynacją w głosie.
- Nic się nie zmieniłeś. – stwierdziłam z rozbawieniem. – To dobrze. Przed sobą mamy całą noc - nie zmarnujmy tego. – dodałam.

***

Pomieszczenie do którego weszliśmy było wyłożone ciemną boazerią z małą liczbą okien. W rogu dużej sali stał barman za ladą, który przeprowadzał pokaz, chcąc zwrócić na siebie uwagę gości. Gdzieniegdzie były rozstawione stoły bilardowe i miejsca dla przybyłych klientów, będące w całości zajęte, przez obściskujące się pary lub grupy osób, z papierosami i  szklankami mocnych trunków. W drugim rogu sali, znajdowały się duże drzwi, przed którymi staliśmy i które, wedle napisu, prowadziły do „pokoju hazardu”.
- Gustowne miejsce. Sporo się zmieniło, mimo to, nazwa nadal pasuje do klimatu lokalu. – powiedział z sarkazmem, po czym z udawanym, zagranicznym akcentem, począł mówić „Smoke Cacino est fantastique! Oh! Billy! ”
- Och, Andy! Co ci zawiniła ta prostytutka? – zagadnęłam.
- No nic! Ja tylko nie mogłem znieść widoku, gdy kleiła się do tego gbura.
- Nie zapominaj, że to teraz twoja rola, mój ty milionerze… - mówiąc to, dotknęłam go delikatnie i musnęłam ustami jego ucho. – Jesteś gotowy by tam wejść? – spytałam.
- Nie. To znaczy tak! Tak! – wymamrotał. – Ale robię to tylko dla Ciebie.
- To świetnie. – rzekłam. – Pamiętaj o naszej umowie.
Puściłam go ze swoich objęć, po czym zamaszystym ruchem otworzyłam drzwi i wmaszerowałam do środka. Był to pokój, który doskonale pamiętałam, zupełnie inny, niż ten który „reprezentuje” kasyno. Na środku, znajdowała się nowoczesna fontanna, ze szkła, po której z cichym szmerem skapywała woda. W rogach sali stały stoły bilardowe a przy nich siedzieli ludzie, sprawiający wrażenie obeznanych i całkowicie pochłoniętych grą.
- No to co robimy? - zapytał Andy.
- Jak to co? Twoja rozpieszczona damulka, chce pograć. O patrz! Tam jest wolne miejsce. – wskazałam ręką stolik oddalony znacznie od innych, za którym siedział młody krupier spoglądający wprost na nas.
Podeszliśmy w milczeniu, usiedliśmy a pracownik kasyna, bez słowa począł rozdawać karty. Gdy skończył, zapytał z chytrym uśmiechem:
- O co gramy?
- O co? – zdziwił się Andy. – Zawsze myślałem, że w kasynach gra się na pieniądze... Ile pan proponuje? – zapytał.
Krupier nie był jednak zainteresowany postawą mojego przyjaciela, ani jego pytaniem. Przez cały czas spoglądał na mnie, w taki sposób, że zapragnęłam uciekać.
- Hej Lucy. Pamiętasz mnie? – zapytał.
- Lucy. Jaka Lucy? – zdziwił się Andy.
- Ona. – powiedział krupier.
Wstał od stolika i złapał mnie za ramię: 
- Nadal pamiętam twoje imię… Lucy.

niedziela, 15 stycznia 2012

Pierwszy.


“Love taught me to lie!”
Little Mix – Cannonball


- Zawsze byłam wobec Ciebie szczera! – zaprzeczyłam. – Wiem, nie powinnam wyjeżdżać bez uprzedzenia ale naprawdę nie miałam innego wyjścia.
Wiem jak to brzmi. Dziecinnie. „Nie powinnam” - zawsze tak mówiłam, nawet jako dziecko. Zawsze starałam się wytłumaczyć, nawet jeżeli nie było to konieczne.
- Owszem nie powinnaś! Tyle, że ja cały czas sądziłem, że nie żyjesz. A ty nagle zjawiasz się w moim domu, tak jak dawniej… Co się tu u licha dzieje? Wytłumaczysz mi? – poprosił.
Andy New był moim najlepszym przyjacielem z dzieciństwa. Zawsze staraliśmy się trzymać razem, wspierać, bo żadne z nas nie miało nikogo innego. On pochodził z domu dziecka a ja mieszkałam z matką i bratem alkoholikiem. Często uciekaliśmy z domu, a wtedy zazwyczaj  przesiadywaliśmy na dachu, patrzyliśmy na rozświetlone Las Vegas, zapominając o codzienności. Dzisiaj wiem, że  były to jedyne beztroskie chwile w moim życiu.
- Jak to myślałeś, że nie żyję? – zapytałam drżącym głosem.
- Tydzień po tym jak do mnie po raz ostatni dzwoniłaś, znaleźli twoją matkę i brata na przedmieściach. Byli martwi. Policja poszukiwała jeszcze ciebie, ale przez brak poszlak zrezygnowali z dochodzenia, a ja z trudem pogodziłem się z faktem, że Cię straciłem…
Mówił z troską, jak zawsze, gdy bardzo się przejmował. Miał w sobie coś z dziecka, które mimo wielkich chęci było zbyt słabe by być samodzielne.
Przytuliłam go. Tak jak wtedy gdy mieliśmy po dwanaście lat, stojąc na dachu pobliskiego kasyna, patrząc na ciemne niebo. Pachniał jak zawsze, papierosami i lawendą.
- Andy, musisz mi pomóc. Oni chcą mnie zabić. – wykrztusiłam.
Na te słowa, odsunął się ode mnie. Był biały jak ściana z zaciśniętymi ustami. Nic nie mówił a to znaczyło, że oczekiwał wyjaśnień.
- Zakochałam się w niewłaściwym facecie, który okazał się psychopatą i teraz jedynie czego pragnie, to śmierci. Mojej śmierci. Czy to ci wystarczy...? 
Nie odpowiedział.
- Andy! Powiedź coś. Proszę… - wykrztusiłam.
- Kim on jest? – zapytał.
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz? Ten facet jest duchem czy jak?
Andy tracił powoli panowanie nad sobą, a ja nie wiedziałam, jak mu na spokojnie wytłumaczyć i streścić ostatnie dwa lata mojego życia.
- To trudniejsze niż myślisz…. – powiedziałam.
Nie przerwał mi, lecz spokojnie usiadł na czerwonej kanapie i spojrzał wyczekująco.
- Wszystko zaczęło się wtedy, gdy po raz pierwszy zabrałeś mnie do kasyna. Pamiętasz? To był inny świat. Świat, którego wcześniej nie znałam. Świat dobry dla bogaczy, ludzi sukcesu. Wyszliśmy po kilku godzinach, a ja powiedziałam, że nigdy tam nie wrócę. Kłamałam. Wracałam. Co wieczór. Co noc. To stało się moim narkotykiem. Andy, wiem jak to brzmi, ale to prawda: to miłość nauczyła mnie kłamać...

czwartek, 12 stycznia 2012

Początki.

                                                       


                                                       
" Where did you go?"
                                                                30STM - Hurricane


Dokąd poszłam?
Nie wiem.
Nigdy nie uciekałam. Nie chciałam kłamać, bo wydawało mi się to bezsensowne, jak wędrówka w labiryncie, który i tak nie ma wyjścia...
Później labirynt mnie uzależnił. Biegałam w kółko, potykając się o własne słowa, obietnice, trafiałam na mur, którego nie umiałam pokonać. To mnie wyniszczało.
Aż w końcu się opamiętałam, ale było już za późno. Osoby, które kiedyś kochałam odeszły, a ja nie zdążyłam ich pożegnać, wytłumaczyć się, przeprosić. Nic. Po prostu zniknęli. A ja wciąż byłam przekonana, że może kiedyś wrócą.
Nie wrócili.
Nie mogłam postąpić inaczej, bo widok znajomych miejsc doprowadzał mnie do obłędu, a ja w miałam nadzieję, że to wszystko to tylko jakaś głupia gra.
Uciekłam. To był mój pierwszy raz.
W nowym miejscu zapomniałam o wcześniejszym życiu. Inne imię i nazwisko miało odpędzić przeszłość. Na próżno. Znaleźli mnie. Mimo odstępu czasu ich twarze się nie zmieniły. Były tak samo pozbawione życia, jak wtedy gdy po raz pierwszy je zobaczyłam. Wtedy sadziłam, że są piękne ale tak naprawdę były zgorzkniałe. Smutne. Te, które mnie znalazły, nie były przyjazne, a ja z trudem uszłam z życiem. Gdy próbowałam się wydostać z pułapki, czułam żar ognia. Wszystko co miałam, spalili.
Uciekłam. To był mój drugi raz.
Wybór nowego miejsca nie był trudny. Przypadek podczas losowania. Nowe dane personalne, formalności w urzędach, praca, znajomi. Tym razem obiecałam sobie ostrożność. Chciałam być niezauważalna, prowadzić "normalne" życie, ale przez to stałam się łatwiejszą zdobyczą.
Oni doskonale wiedzieli, gdzie mnie szukać. Byli mistrzami manipulacji. Wiedzieli o mnie wszystko - ja nie wiedziałam o nich nic. Na początku traktowałam to jako zabawę, odstęp od reguł, ryzyko bez ponoszenia konsekwencji. Później chciałam się wycofać. Na próżno.
Tym razem, również mnie znaleźli. Zaatakowali. Niespostrzeżenie. Nie miałam wyboru. Musiałam uciekać.
To był mój trzeci raz.
Teraz, jeżeli mnie dopadną, tak łatwo się nie poddam. Nie chcę już dłużej udawać, kogoś, kim nie jestem. Nie chcę się kryć, oszukiwać siebie i innych. To bez sensu. Obiecałam sobie, że nie poddam się bez walki.
Nazywam się Rebecca Fisher.
Wróciłam.